piątek, 24 lipca 2015



Około godziny siedemnastej Louis nerwowym krokiem przemierzał krótką odległość między oknem a sofą. Kolejny raz tego dnia rozległ się dźwięk jego telefonu, który już powoli zaczynał być dla niego irytujący. Nie miał zamiaru wysłuchiwać błagań i wyrzutów. Ten dzień był dla młodego mężczyzny jednym z tych, które w ogóle powinny zostać wyjęte z życiorysu. Ostro zdenerwowany wyłączył brzęczącego smartfona. Ciężko opadł na kanapę i ukrył twarz w dłoniach. Westchnął głęboko, a w jego głowie powtórnie pojawiły się obrazy dnia poprzedniego, kiedy to była już dziewczyna Lou, Octavia została nakryta w jednoznacznej sytuacji z jego najlepszym przyjacielem na kanapie, na której właśnie siedział. Drugim zdarzeniem totalnie rozwalającym mu życie było wyrzucenie z redakcji "The Times". Była to niegdyś praca jego marzeń, jednak przez kłopoty i kłótnie z Octavią nie był w stanie skupić się na pracy dziennikarza prasowego. Powoli zbierało mu się na płacz, ale postanowił inaczej odreagować stres ostatnich dni. Ożywiony wstał z siedzenia i wpadł jakby oszołomiony do kuchni. Z marmurowej wyspy kuchennej zgarnął szybko najszerszy nóż jaki posiadał i powrócił do salonu. Zamknął swoje urocze błękitne oczy i natychmiast przed nim pojawił się Devon i Octavia wczorajszego dnia na kanapie... To była tylko wymuszona prowokacja do tego, aby zadać skórzanej kanapie silny cios. Ukląkł przed nią i wbił ostrze w oparcie. Dobrze wyprofilowane, bufiaste podłokietniki również dostały za swoje. Oberwały za to, że były cichym świadkiem kilkumiesięcznego romansu ! Louis odrzucił nóż na bok i wstał cały zapłakany na chwiejące się nogi. Podszedł do małego barku i do stojącej na ławie szklanki wlał szkockiej whiskey. Całą jej zawartość połknął prawie w całości. Rzucił szkłem o lśniący nieskazitelną bielą polerowany gres, którym wyłożona była podłoga. Czuł, że jeśli nie skończy tej całej szopki to popadnie w niezłą paranoję ! Wytarł zewnętrzną stroną dłoni łzy, które jeszcze błąkały się po jego zaróżowionej skórze. Następnie przeczesał nią włosy koloru orzechów włoskich... Co miał ze sobą począć ? Jak dalej żyć ? Może je sobie odebrać ? Nie był na tyle głupi, żeby popełnić samobójstwo w takim momencie swojego życia. Pragnął pozbierać się do kupy w tamtej chwili... „Ale to jeszcze nie dziś...” - pomyślał. Szybko zawinął się w koc leżący na ochłapach skórzanej kanapy i niespokojnie oddał się w objęcia Morfeusza... Niestety po kilku godzinach wstał z potwornym bólem głowy po kilka tabletek. Powłócząc nogami powrócił na kanapę i starał się uspokoić oddech. Jednak nie zasnął tej feralnej nocy. Nie umiał sobie poradzić z samotnością... Jego lekko przekrwione oczy zostały podrażnione przez jaskrawe promienie wstającego słońca. Odetchnął głęboko i czuł jakby coś strasznie ciężkiego zgniatało jego klatkę piersiową. Natychmiast zwinął się w kłębek i leżał tak dłuższą chwilę dopóki ból lekko nie popuścił. Usiadł wtedy na oparciu kanapy i założył na swoje stopy skarpety. Ziewając ze zmęczenia wstał i ruszył w kierunku szafy w swojej sypialni. Chwycił z niej parę dżinsowych spodni, czarną koszulkę i świeże bokserki. Wychodząc z domu zgarnął z blatu pęk kluczy i portfel. Zamknął drzwi i szybko zbiegł po schodach. Chłodne powietrze pieściło jego twarz gdy opuścił budynek. Uśmiechnął się sam do siebie i ruszył do garażu.
Pilot automatyczny przytwierdzony do kluczy otworzył automatyczne drzwi. Nowiutki Audi RS7 błysnął czarnym lakierem. Louis powoli pogładził jego maskę i otworzył drzwi. Opadł ciężko na wygodny skórzany fotel. Mężczyzna odpalił swój wóz i wycofał zamykając bramę garażową. Ruszył spod swojego domu, który stał przy Allison Growe w londyńskiej dzielnicy Dulwich Village. Po dwóch skrętach w prawo włączył się do ruchu drogowego ulicy College Road. Cały czas trzymając się głównej drogi, po ominięciu ronda trafił na drogę Dulwich Village, która krzyżowała się od prawej strony z Calton Avenue. Po przejechaniu około stu metrów minął prywatną szkołę podstawową Jamesa Allena i ruszył dalej główną drogą Red Post Hill w stronę Londynu. Mijając następnie park i rzekę Tamizę wjechał do pięknej stolicy. Rozglądnął się po prawie pustych jeszcze ulicach i wypuścił głośno powietrze. Włożył do samochodowego odtwarzacza płytę zespołu Queen. Wciskając pedał gazu rozejrzał się po twarzach przechodniów nie przywiązując do nich większej wagi. Po przejechaniu pasów skręcił w prawo i zaparkował pod biurem podróży.




xx.Beauty_Madness xoxo 





2 komentarze: