Około
godziny siedemnastej Louis nerwowym krokiem przemierzał krótką
odległość między oknem a sofą. Kolejny raz tego dnia rozległ
się dźwięk jego telefonu, który już powoli zaczynał być dla
niego irytujący. Nie miał zamiaru wysłuchiwać błagań i
wyrzutów. Ten dzień był dla młodego mężczyzny jednym z tych,
które w ogóle powinny zostać wyjęte z życiorysu. Ostro
zdenerwowany wyłączył brzęczącego smartfona. Ciężko opadł na
kanapę i ukrył twarz w dłoniach. Westchnął głęboko, a w jego
głowie powtórnie pojawiły się obrazy dnia poprzedniego, kiedy to
była już dziewczyna Lou, Octavia została nakryta w jednoznacznej
sytuacji z jego najlepszym przyjacielem na kanapie, na której
właśnie siedział. Drugim zdarzeniem totalnie rozwalającym mu
życie było wyrzucenie z redakcji "The Times". Była to
niegdyś praca jego marzeń, jednak przez kłopoty i kłótnie z
Octavią nie był w stanie skupić się na pracy dziennikarza
prasowego. Powoli zbierało mu się na płacz, ale postanowił
inaczej odreagować stres ostatnich dni. Ożywiony wstał z siedzenia
i wpadł jakby oszołomiony do kuchni. Z marmurowej wyspy kuchennej
zgarnął szybko najszerszy nóż jaki posiadał i powrócił do
salonu. Zamknął swoje urocze błękitne oczy i natychmiast przed
nim pojawił się Devon i Octavia wczorajszego dnia na kanapie... To
była tylko wymuszona prowokacja do tego, aby zadać skórzanej
kanapie silny cios. Ukląkł przed nią i wbił ostrze w oparcie.
Dobrze wyprofilowane, bufiaste podłokietniki również dostały za
swoje. Oberwały za to, że były cichym świadkiem kilkumiesięcznego
romansu ! Louis odrzucił nóż na bok i wstał cały zapłakany na
chwiejące się nogi. Podszedł do małego barku i do stojącej na
ławie szklanki wlał szkockiej whiskey. Całą jej zawartość
połknął prawie w całości. Rzucił szkłem o lśniący
nieskazitelną bielą polerowany gres, którym wyłożona była
podłoga. Czuł, że jeśli nie skończy tej całej szopki to
popadnie w niezłą paranoję ! Wytarł zewnętrzną stroną dłoni
łzy, które jeszcze błąkały się po jego zaróżowionej skórze.
Następnie przeczesał nią włosy koloru orzechów włoskich... Co
miał ze sobą począć ? Jak dalej żyć ? Może je sobie odebrać ?
Nie był na tyle głupi, żeby popełnić samobójstwo w takim
momencie swojego życia. Pragnął pozbierać się do kupy w tamtej
chwili... „Ale to jeszcze nie dziś...” - pomyślał. Szybko
zawinął się w koc leżący na ochłapach skórzanej kanapy i
niespokojnie oddał się w objęcia Morfeusza... Niestety po kilku
godzinach wstał z potwornym bólem głowy po kilka tabletek.
Powłócząc nogami powrócił na kanapę i starał się uspokoić
oddech. Jednak nie zasnął tej feralnej nocy. Nie umiał sobie
poradzić z samotnością... Jego lekko przekrwione oczy zostały
podrażnione przez jaskrawe promienie wstającego słońca. Odetchnął
głęboko i czuł jakby coś strasznie ciężkiego zgniatało jego
klatkę piersiową. Natychmiast zwinął się w kłębek i leżał
tak dłuższą chwilę dopóki ból lekko nie popuścił. Usiadł
wtedy na oparciu kanapy i założył na swoje stopy skarpety.
Ziewając ze zmęczenia wstał i ruszył w kierunku szafy w swojej
sypialni. Chwycił z niej parę dżinsowych spodni, czarną koszulkę
i świeże bokserki. Wychodząc z domu zgarnął z blatu pęk kluczy
i portfel. Zamknął drzwi i szybko zbiegł po schodach. Chłodne
powietrze pieściło jego twarz gdy opuścił budynek. Uśmiechnął
się sam do siebie i ruszył do garażu.
Pilot
automatyczny przytwierdzony do kluczy otworzył automatyczne drzwi.
Nowiutki Audi RS7 błysnął czarnym lakierem. Louis powoli pogładził
jego maskę i otworzył drzwi. Opadł ciężko na wygodny skórzany
fotel. Mężczyzna odpalił swój wóz i wycofał zamykając bramę
garażową. Ruszył spod swojego domu, który stał przy Allison
Growe w londyńskiej dzielnicy Dulwich Village. Po dwóch skrętach w
prawo włączył się do ruchu drogowego ulicy College Road. Cały
czas trzymając się głównej drogi, po ominięciu ronda trafił na
drogę Dulwich Village, która krzyżowała się od prawej strony z
Calton Avenue. Po przejechaniu około stu metrów minął prywatną
szkołę podstawową Jamesa Allena i ruszył dalej główną drogą
Red Post Hill w stronę Londynu. Mijając następnie park i rzekę
Tamizę wjechał do pięknej stolicy. Rozglądnął się po prawie
pustych jeszcze ulicach i wypuścił głośno powietrze. Włożył do
samochodowego odtwarzacza płytę zespołu Queen. Wciskając pedał
gazu rozejrzał się po twarzach przechodniów nie przywiązując do
nich większej wagi. Po przejechaniu pasów skręcił w prawo i
zaparkował pod biurem podróży.
xx.Beauty_Madness xoxo
No no no :D Zapowiada się świetnie :** Pisz dalej :) xx
OdpowiedzUsuńNiezmiernie mi miło xx
OdpowiedzUsuń